Grzegorz Lech, to autor ostatniego gola Stomilu w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Co pomogło przetrwać w okresie, gdy Duma Warmii była w ogromnym kryzysie finansowym? Czy otrzymywał propozycje gry dla innych klubów? Jakie ma plany na siebie po zakończeniu kariery? Właśnie m.in. o to zapytaliśmy pomocnika Stomilu w kolejnej części „Rozmowy cotygodniowej”.

Wiosną borykałeś się z kontuzją pleców. Po odwieszeniu rozgrywek zagrałeś w kilku spotkaniach i doznałeś kolejnego urazu. To odnowienie kontuzji?

— Długo walczyłem z tym, żeby wrócić na boisko. To nie jest tak, że po trzech kolejkach jestem nie wiadomo jak przygotowany i mogę funkcjonować cały czas na sto procent. Dla mnie to jest przede wszystkim moment adaptacji po długiej kontuzji i pandemii. Cały czas aklimatyzuję się i myślę, że będzie coraz lepiej. Teraz mam drobny uraz i w porozumieniu z całym sztabem medycznym oraz trenerskim nie chcieliśmy, żeby to wszystko pogłębiło się i trwało dłużej. Jestem już w treningu i zobaczymy jak zdołam przygotować się do meczu z Podbeskidziem.

Ze względu na koronawirusa, bieżący sezon jest mocno specyficzny. To duże utrudnienie dla Was?

— Na pewno nie było to komfortowe dla klubów, sztabów trenerskich i samych zawodników. Każdy z nas trenował tyle, ile można było. Pracował z nami sztab trenerski, który robił wszystko, żebyśmy byli jak najlepiej przygotowani do ligi. Jak na razie wydaje mi się, że to wszystko wygląda w miarę pozytywnie.

Ten sezon jest tak naprawdę pierwszym od kilku lat, w którym możecie skupić się wyłącznie na trenowaniu i meczach. Jak czujesz się w klubie, gdy nie musisz martwić się o sprawy pozasportowe?

— Czuję się normalnie. Każdy zajmuje się swoją robotą najlepiej jak potrafi i pracuje dla dobra klubu. Nad tym, żeby było z tego jak najwięcej pożytku dla kibiców i dla miasta. Jest normalność. Nie jesteśmy nawet krezusem w pierwszej lidze, ale jesteśmy normalnym zespołem, który odbudowuje się organizacyjnie. Jest bardzo duża przebudowa pionu sportowego i tak to na dzień dzisiejszy wygląda.

Wiele klubów w Polsce podobnych kryzysów nie było w stanie przetrwać. Na ile ważne było to, że wielu zawodników jest z Olsztyna i Stomil zajmuje w Waszych sercach wyjątkowe miejsce?

— Na pewno była to ważna sprawa, że w drużynie było bardzo dużo wychowanków. Bardzo ważny był również dobór zawodników, którzy przychodzili pomóc sobie i klubowi. Na pewno były to ważne postacie w tej całej układance, które bardzo pomogły klubowi w trudnym czasie.

Pomimo zawirowań od 2015 roku nieprzerwanie reprezentujesz barwy Stomilu. Otrzymywałeś od tego czasu propozycje gry dla innych klubów?

— Była jedna propozycja i to w momencie, gdy w klubie było już praktycznie gaszone światło i mało tliło się nadziei, że będzie dobrze. Była to konkretna propozycja finansowa z pierwszoligowego klubu. Nie podejmowałem jednak żadnych rozmów i cały czas wierzyłem, że tutaj w końcu coś się zmieni i będziemy mogli walczyć o utrzymanie. Nie brałem w ogóle pod uwagę tego, że mogę gdzieś odejść i grać w tamtym czasie jeszcze w innym klubie.

Z perspektywy czasu nie żałujesz swojej decyzji?

— Absolutnie nie. W żadnym wypadku. Może zdobywałbym trofea, a może nie. Może zarabiałbym lepsze pieniądze albo i nie. Nic nie dałoby mi jednak tego, co przeżywałem tutaj, będąc z grupą ludzi, która utożsamia się z drużyną i z miastem, która wspólnie z kibicami rozgrywa każde spotkanie. To jest coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze. Możesz to wypracować tylko i wyłącznie w dobrej atmosferze. W grupie ludzi, którzy chcą się bić o jakiś cel, o coś większego niż swoje ja. I tak to było przez ten cały okres. Walczyliśmy dla dobra tego miasta, przyszłości klubu i żeby tak jak teraz, młodsze pokolenia mogły w normalnych warunkach rozwijać się i grać w piłkę. To również przyświetlało nam cel, że patrzyliśmy nie tylko na swoje dobro. Wierzyliśmy, że przyjdzie moment, który jest teraz. Taki, że powolutku następne pokolenia czy klub będą mogły rozwijać się, pracować na kolejne wyzwania i sprostać im, ale już w innej atmosferze.

Wróćmy na chwilę do poprzedniego sezonu, a konkretnie do rundy rewanżowej. Jak to się stało, że wykręciliście wiosną czwarty, najlepszy wynik w lidze, gdy kadra została skompletowana praktycznie kilka dni przed pierwszym meczem?

— Tak jak powiedziałem wcześniej – było grono ludzi, które było z regionu lub które dłuższy czas były w Olsztynie. Trenerzy dobrali osoby, które chciały pokazać się i wrócić do pierwszoligowego grania. Tak naprawdę każdy mecz był dla nas wielkim wyzwaniem. Nie patrzyliśmy w przyszłość. Każdy mecz był najważniejszy i tylko tak do tego podchodziliśmy. Cieszyliśmy się każdym spotkaniem i tym, że możemy walczyć zjednoczeni, we wspólnym celu. I udało nam się to kolejkę przed końcem. Bardzo istotną rolę w tamtym czasie odegrało również przyjście Pana Michała Brańskiego i osób, które przejęły stery w klubie i zaczęły nim zarządzać. Wspierał nas, pozytywnie odnosił się do naszego zaangażowania i przywiązania. To też na pewno miało dobry wpływ na nas. Wiedzieliśmy, że jest osoba, która to ogląda, która nam kibicuje i nas wspiera. Istotny był nie tylko czynnik finansowy i to, że mieśmy wypłacane zaległości, ale była też określana przyszłość klubu. Działała ona na naszą wyobraźnię i każdy walczył o to, żeby utrzymaniem dać sobie kolejne lata grania w pierwszoligowym klubie, na fajnych warunkach i dobrych zasadach.

W którym momencie sezonu uwierzyliście, że możecie zrealizować cel, którym było utrzymanie?

— Myślę, że jak jechaliśmy na mecz z Garbarnią. W poprzednim spotkaniu graliśmy na wyjeździe z Puszczą Niepołomice i wygraliśmy po bardzo trudnym boju i strzelonym w końcówce golu przez Michała Górala. Pierwszą bramkę zdobył Łukasz Jegliński, który za dużo tych goli nie strzelał, natomiast wtedy popisał się piękną piętką w zamieszaniu w polu karnym. To był dla nas bardzo trudny mecz. Wygraliśmy go siłą woli i determinacją. Na mecz z Garbarnią jechaliśmy z poczuciem, że to jest ten moment, w którym możemy zapewnić sobie utrzymanie. Koncentracja była na dużym poziomie. Rozegraliśmy to spotkanie fenomenalnie pod względem taktycznym i mentalnym, a to był trudny mecz. Był to praktycznie ostatni krok przed utrzymaniem. Nie chcieliśmy grać ostatniego meczu o utrzymanie ze Stalą, która jest dla nas zawsze niewygodnym przeciwnikiem i w tamtym czasie grała bardzo dobrze. Bardzo chcieliśmy wygrać mecz z Garbarnią. Cała drużyna zagrała na bardzo wysokim poziomie i mogliśmy cieszyć się z utrzymania.

W tym sezonie Stomil został mocno odmłodzony. Jak ocenisz Wasze dotychczasowe wyniki?

— Wiele zmieniło się w klubie jeśli chodzi o struktury sportowe. Ta drużyna ewoluuje. Są nowi zawodnicy, którzy chcą grać i pokazują coraz większe umiejętności podczas meczów. Będą wahania i momenty braku pewności siebie na boisku. Jeśli popatrzymy jaka jedenastka wychodziła z Bełchatowem inaugurując ten sezon, a jaka wychodzi teraz, to mówiąc statystycznie, tak naprawdę zostały może cztery osoby, a w kadrze dziesięć. Wszystko ewoluowało. Nadchodzi młodzież wspierana przez doświadczonych zawodników i to wszystko musi się dotrzeć. To jest proces i będzie to trochę trwało. Bardzo liczę jednak na to, że będzie podtrzymany ten duch walki i zaangażowania Stomilowskiego, a z odrobiną młodości dojdzie fantazja i polot z przodu, z czego będziemy mieli więcej sytuacji i będziemy strzelać więcej bramek. Kibice będą zadowoleni, klub będzie wyżej w tabeli i to wszystko będzie szło do przodu. Bardzo w to wierzę i każdy z nas pracuje nad tym, żeby klub szedł do przodu, a każdy zawodnik rozwijał się indywidualnie. To też duża zasługa trenera Zajączkowskiego i jego sztabu, że ta kadra była budowana i powoli odmładzana, aż w końcu nadszedł moment, że skład pierwszej drużyny jest faktycznie młodszy.

W jednym z wywiadów w trakcie przerwy zimowej przyznałeś, że w przypadku, gdy nie uda Ci się dobrze funkcjonować jako zawodnikowi, będziesz chciał realizować się w innej formie. Niedawno podpisałeś jednak nowy kontrakt ze Stomilem. Oznacza to, że wszystko wraca do normy i o zakończeniu kariery jeszcze nie myślisz?

— Były takie myśli i nie będę ukrywał, że jeżeli będzie taki moment, że nie będę w stanie, to po prostu będzie trzeba podjąć taką decyzję. Na razie jest tak, że klub przedstawił mi ofertę współpracy, z czego jestem bardzo zadowolony i za co jestem wdzięczny, bo nie było to dla mnie takie oczywiste, ze względu na zdrowie, pandemię i cały ten okres bez meczów. Klub mi jednak zaufał i teraz pracuję cały czas nad sobą i zdrowiem. Nad tym, żeby grać jak najlepiej, wspierać młodzież i walczyć z drużyną o jak najwyższe miejsce w tabeli. Nie narzucam też na siebie nie wiadomo jakiej presji, jeżeli chodzi o moje granie. Tego, że muszę prowadzić drużynę do przodu. Są też młodzi zawodnicy, którzy mogą to śmiało robić. Ja chcę uczestniczyć w tym projekcie, grać razem z nimi, wspierać ich, natomiast oni też muszą brać na swoje barki odpowiedzialność za losy klubu i za to, jakie wyniki osiągamy.

Obecnie jesteś również trenerem w akademii Stomilu. Jak zakończysz karierę, to właśnie to jest ta droga, którą będziesz chciał obrać?

— Tak. Skończyłem kurs UEFA A, wiele kursów doszkalających jako trener i to jest moja ścieżka rozwoju na przyszłość. Teraz, póki jest jeszcze zdrowie i mam możliwość, chcę grać i funkcjonować w drużynie jako zawodnik. Skupiam się tylko i wyłącznie na tym, natomiast mam taką osobowość, że zawsze będę chciał wspierać młodszych kolegów. Zawsze mogą na mnie liczyć. Jeśli chodzi o sprawy sportowe, to zawsze jestem do ich usług, jeśli potrzebują jakiejś rady czy pomocy. Sam też czasami wychodzę przed szereg i z nimi porozmawiam. Czasami wytknę im błędy, czasami pochwalę. Mogą liczyć na moje wsparcie i pomoc.

Jesteś autorem ostatniej bramki Stomilu w ekstraklasie. Będziesz również tym, który jako pierwszy trafi do siatki rywala po powrocie na najwyższy szczebel rozgrywkowy w Polsce?

— Bardzo się cieszę, że zapisałem się w klubowej historii. Jedyne czego żałuję, to że ten cel postawiłem sobie dość późno, bo wydawał się nierealny ze względu na to, jaka była zawsze sytuacja w klubie. Zawsze byliśmy skazywani na pożarcie i człowiek przede wszystkim myślał o tym, żeby ten klub utrzymać. O marzeniach niby głośno się nie mówi, natomiast nie ma co ukrywać, to byłoby pięknie zatoczone koło. Byłaby to piękna historia i pracuje na to, żeby tak się stało.

Rozmawiał: Krzysztof Kucharczak