Pierwszy raz na stadionie przy al. Piłsudskiego pojawił się ponad trzy dekady temu. Jest współtwórcą takich flag jak „STOMIL PONAD WSZYSTKO” czy też „STOMIL OLSZTYN DUMA WARMII”, które powstały w latach dziewięćdziesiątych. Przez długie lata prowadził doping na meczach Stomilu. Mowa tu o Robercie „Cielarzu” Cieleszu.

Starsi kibice zapewne Cię kojarzą, ale młodsi fani Stomilu raczej nie. Mógłbyś pokrótce przedstawić się wszystkim sympatykom biało-niebieskich?
– Starsi kibice pewnie mnie znają po imieniu. Mija już trzydziesty szósty rok, gdy jestem przy Stomilu. Praktycznie od samego początku uczestniczyłem w życiu kibicowskim na Piłsudskiego. Pierwsze spotkanie poza Olsztynem zaliczyłem w 1984 roku i był to wyjazd do Szczytna na trzecią ligę.

Dużo osób pojechało?
– Około trzydzieści osób. Wiadomo, że większość była jeszcze jako pracownicy OZOS-u, lecz w tym gronie grupa blisko dziesięciu młodych chłopaków, która miała flagi na kijach i prowadzili doping. We mnie to zaszczepiło się tak, że później starałem się uczestniczyć w części typowo kibicowskiej na Stomilu, żeby nie być biernym oglądaczem meczu, tylko robić coś więcej.

Twój pierwszy mecz na Piłsudskiego?
– Pierwszy raz byłem w 1983 roku na meczu okazjonalnym Stomil Olsztyn – ŁKS Łódź. Zabrał mnie na stadion tata. Spotkanie zostało zorganizowane z powodu przejścia Jarosława Bako do Łódzkiego Klubu Sportowego. Pamiętam, że w pierwszej połowie bramki łodzian strzegł Jan Tomaszewski, a zmienił go później Bako, bo Jarosław Bako w pierwszej części gry bronił w Stomilu. Następnie uczęszczałem na wówczas spotkania trzecioligowe. Z Wigrami Suwałki, z Mazurem Ełk…

Z Orlętami Reszel także.
– Orlęta to była taka ciekawostka. Nie byli ani za Stomilem, ani za inną drużyną w województwie. (śmiech)

Kibice z Reszla chyba byli pierwszymi szalikowcami w regionie.
– Tak, to prawda. Przybyli do Olsztyna poubierani w szaliki w barwach klubowych co było nowością. Był to sezon 1984/85. U nas zaczęło to dopiero raczkować. Nie mieliśmy szalików tylko flagi na kijach i jeździliśmy na lokalne wyjazdy.

Mieszkałeś na Jarotach. Jak na początku Twojej przygody wyglądał przekrój dzielnic w „młynie”?
– Stricte ruch kibicowski na Stomilu pierwsze podrygi miał w sezonie 1984/85. Ciągnęły to osoby z Nagórek, czyli m.in. „Misiek”, z którym kontakt mam do dziś, mieszka w Londynie dwadzieścia lat. Można ich określić prekursorami. Bardzo szybko zaczęła tworzyć się grupa na Zatorzu. Nieduża, bo nieduża, ale było zawsze około dziesięć osób. Aktywnie działali, jeździli na wyjazdy. Z tamtej ekipy do dziś na stadion przychodzi Łysy. dochodziło coraz więcej młodych chłopaków i Nagórki były takim kołem napędowym grupy. Bardzo szybko powstała także młoda ekipa na Kormoranie i statystycznie stanowili największą część młyna. Podkreślam, że w tamtym czasie byli to młodzi ludzie. Było paru aktywnych kibiców. Grupa liczyła zawsze tak w granicach trzydziestu – czterdziestu osób. Uczęszczali na mecze poza Olsztynem. Na Jarotach sytuacja przedstawiała się następująco, że na początku było nas trzech, a potem doszło kolejnych trzech młodszych ludzi. Działaliśmy w takim kształcie do sezonu 1989/90, więc to były czasy trzecioligowe oraz drugoligowe. Później grupa ta zwiększyła się do kilkunastu osób. Przed samym awansem do Ekstraklasy Jaroty zaczęły coraz prężniej działać na Stomilu. Można śmiało stwierdzić, że awansie ta dzielnica była kluczowa w dalszej aktywności fanów. Pamiętam wyjazdy w najwyższej klasie rozgrywkowej. Najbardziej zapamiętałem wyjazd do Łodzi na Widzew w listopadzie 1995 roku (Stomil zremisował 2:2 – przyp.). Udaliśmy się tam w liczbie dokładnie stu dziewięćdziesięciu ośmiu osób. W tamtych czasach była to naprawdę fantastyczna ilość, a nawet Widzew był zdziwiony, że przyjechało nas aż tak dużo. Tak samo zaskoczeni byli ludzie na dworcach, stacjach z racji takiej liczby. Można powiedzieć, że połowę tamtej grupy stanowiły Jaroty.

Na wyjazdy uczęszczasz od 1984 roku. Mógłbyś mniej więcej określić ile razy biało-niebieskich wspierałeś na wyjazdach?
– Miałem przerwy wyjazdowe, czyli zdarzały się sezony, gdzie w ogóle nie jeździłem z różnych względów. Myślę, że z ponad sto wyjazdów mam na swoim koncie, ale ile dokładnie to nie jestem w stanie zweryfikować. Oczywiście podkreślam liczbę wyjazdów na sam Stomil, bo zdarzały się także wypady na spotkania reprezentacji Polski czy naszych zgód. Jeśli chodzi o lidera wyjazdów to bezapelacyjnie jest nim „Grzywa”, ale z obecnej ekipy jest też sporo chłopaków, którzy też mają ponad sto zaliczonych innych stadionów, gdzie grał Stomil. Nie porównywałbym jednak tamtych wyjazdów do obecnych. Wówczas sami organizowaliśmy się na wyjazd. Czasami zdarzało się tak, że nie dojeżdżaliśmy na miejsce. Powody były różne, a to policja wyrzuciła nas z pociągu albo zebrało się pięć osób, gdzie tylko jeden miał na bilet. Udawało nam się dojechać do Iławy, ale już z Iławy trzeba było wrócić do Olsztyna.

Zdecydowanie tamte wyjazdy były spontaniczne, niż teraz. Gospodarze wiedzą ilu można spodziewać się sympatyków drużyny rywala.
– Teraz wyjazdy organizowane są przez osoby współpracujące z klubem. Można jechać na każdy wyjazd co dwa tygodnie, organizowane są listy. Teraz można wszystko dobrze zorganizować pod względem medialnym. Jest na stronie internetowej ogłoszenie, ludzie zapisują się i jadą. Kiedyś mieliśmy umówione spotkania w jednym miejscu. Potem jeden z przedstawicieli szedł na tzw. „ścieżkę” na Kormoranie, za szpitalem dziecięcym w parku. Ktoś przychodził z Kormorana, ktoś z Zatorza, ja przyjeżdżałem z Jarot, ktoś z Jarot i umawialiśmy się, że wstawiamy się o tej godzinie na dany pociąg. Jeśli kogoś widziało się na podwórku to starano się go zachęcić na wyjazd. Liczne wyjazdy zdarzały się do klubu znajdującego się blisko Olsztyna, czyli na Lechię. To samo można powiedzieć dużej grupie kibiców, która jechała na Legię, Widzew z racji klasy rywala. Jak jechaliśmy do Bełchatowa to zdarzało się, że było nas tylko pięciu w pociągu. Potem nagle parę osób dojechało autem, a ktoś dojechał, bo mieszkał gdzieś na Śląsku. Czasem Fan club z Ostródy na własną rękę organizował wypady i nagle z piątki robiło się kilkudziesięciu kibiców. Nie było takiej organizacji jak teraz.

Była trochę większa adrenalina, bo nie można było spodziewać się tego, co będzie na wyjeździe.
– Tak, tego nikt nigdy nie wiedział. W 1991 roku pojechaliśmy na Cracovia – Stomil prosto z jakiegoś biwaku. Ja z Pacyfką z Jarot jechaliśmy we dwóch. Dołączyło także z Jarot dwóch młodych ludzi. Przygód mieliśmy co niemiara. Innym pociągiem na ten mecz dojechało jeszcze czterech gości z Zatorza. Dopiero spotkaliśmy się wszyscy w Krakowie.

Kibice, którzy wtedy przychodzili na Stomil określają Cię jako osobę bardzo charyzmatycznie prowadzącą doping. W 1987 zostałeś „młynowym”. Jak do tego doszło?
– Wynikało to z obserwacji w innych miastach. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych lubiłem robić „wycieczki stadionowe”. Jechałem do Gdańska, Gdyni albo Łodzi i oglądałem jak wygląda to u nich.

Podobno zdarzył się też wyjazd na superpuchar Polski w 1988 roku do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie Górnik Zabrze grał z Lechem Poznań.
– Co prawda nie byłem tam, ale był m.in. „Misiek” z Nagórek. Ogólnie finały Superpucharów czy Pucharów Polski wyglądał tak, że zjeżdżały się tam ekipy z całego kraju. Nie tylko byli kibice danych drużyn walczących o trofeum, ale to było na zasadzie takiego… festiwalu (śmiech). Fani z różnych miast przyjeżdżali oglądać co się dzieje na trybunach. Nasi pojechali, zebrali parę informacji i wniosków jak to wygląda. Zaczęliśmy robić pierwsze flagi na płot. Na początku doping zarzucał gość o ksywie „Stomilek” i pochodził z Jarot. Nie był z grupy kibiców z Jarot, ale po prostu przyjeżdżał stamtąd. Trzymał się z „Miśkiem” oraz ze świętej pamięci „Zawiszą” z Nagórek. „Zawisza” był bardzo zaangażowaną osobą w strukturach kibicowskich Stomilu w przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Prowadzili doping, ale z czasem nie zawsze mogli, nie zawsze byli. Potrzebne były nowe twarze. Zacząłem prowadzić doping w sezonie 1988/89 razem ze „Skazą” z Kormorana i robiłem to do 1991 roku. Pomagał jeszcze „Czaja’. Nie było to na zasadzie jak teraz, że ktoś stał na gnieździe zarzucając piosenki, lecz staliśmy w młynie i losowo osoby zaczęły intonować. Często byłem to ja i tak weszło mi to w krew. Nie czekałem, aż zbiorą się ludzie. Na początku historii z Ekstraklasą doping prowadził „Grzywa” czy „Sancho”. Parę razy zmieniały się te osoby na początku. Powróciłem w sezonie 1995/96. Najpierw byłem „młynowym” na wyjazdach, a potem coraz częściej na domowych meczach. Do końca przygody z Ekstraklasą byłem na gnieździe.

Byłeś jedną z wiodących osób, które po upadku klubu w 2003 roku bardzo mocno walczyły o przetrwanie.
– To było normalne. Gdy wszystko chyliło się ku upadkowi powstał OKP Warmia i Mazury Olsztyn. Ktoś próbował nam zabrać klub. Wtedy w parę osób próbowaliśmy przemówić, że nie można w ten sposób ratować Stomilu, bo mamy potencjał kibicowski, aby go wykorzystać. Zebraliśmy ludzi, utworzyliśmy stowarzyszenie. Ze względu na to, że byliśmy młodzi i nie mieliśmy doświadczenia w takich sprawach prawnych to było nam ciężko. Ogromną pracę wykonał „Gisbern”, mój przyjaciel mieszkający obecnie w Warszawie. Doszło sporo młodzieży. Te osoby, które wówczas wykonywały pierwsze kroki w kibicowskim świecie i bardzo nam wtedy pomogły, są teraz wiodącymi kibicami.

Czy uważasz, że wcześniej było łatwiej ujarzmić grupę kibiców na stadionie?
– Myślę, że tak, bo wtedy bardziej znaliśmy się. Może teraz tak mi się wydaje, bo generalnie to znam wszystkich (śmiech). W tamtych latach toczyło się to wszystko spontanicznie i było proste, ludzie zbierali się pół godziny przed meczem. Wiadome było kiedy jest pierwszy gwizdek.

Sektor kibiców Stomilu był w różnych miejscach. Na samym początku znajdował się on pod krytą trybuną. Później był on w różnych rejonach obiektu, np. na trybunie od strony ul. Leonharda czy pod tablicą wyników.
– Pierwszym miejscem najbardziej zagorzałych kibiców Stomilu było miejsce, gdzie obecnie jest trybuna prasowa. To był sezon 1985/86. Od sezonu rundy rewanżowej 1988/89, a konkretniej od wiosny 1989 roku kibicowaliśmy już z sektorów usadowionych bliżej hotelu „Stadion”. Później ten młyn rozlegał się po całym stadionie. Zaobserwowaliśmy, że w Anglii czy w innych topowych klubach najwierniejsi kibice znajdują się za bramką. Przenieśliśmy się pod tablicę świetlną. Jako, że średnio stamtąd szedł nam doping z powodów takich, że był gorzej słyszalny oraz ciężej było zebrać wszystkich w jedno miejsce to ponownie wróciliśmy pod „krytą”. Po sezonie 1989/90 zdecydowaliśmy, że będziemy kibicować ze starego sektora biało-niebieskiego. Tam byliśmy bodajże z dwa lata. Tuż przed awansem do drugiej ligi wróciliśmy na „krytą”. Po awansie do Ekstraklasy zaczęła się era młyna pod tablicą. Do sezonu 1997/98 stamtąd dopingowaliśmy. Z początkiem nowej edycji rozgrywek 1998/99 przenieśliśmy się na sektory wzdłuż bocznej linii boiska od strony ul. Leonharda. Na początku troszeczkę na łuku, a potem już na późniejszy sektor biało-niebieski.

W którym roku powstały pierwsze gadżety Stomilu? Można chyba stwierdzić, że pierwszymi szalikami były biało-niebieskie „pasiaki”.
– To były typowe „pasiaki” jak komuś babcia dziergała na drutach. Mój kolega z Jarot będąc w innym mieście zobaczył dwa biało-niebieskie szaliki, które były w zwykłym odzieżowym sklepie z białymi frędzlami na końcu. To było ważne, aby ta końcówka była biała (śmiech), czyli ostatni pasek oraz frędzelki. Przywiózł mi taki jeden szalik w prezencie. Bardzo ładny jak na tamte czasy. Nieraz zdarzało się tak, że komuś udało zdobyć się biało-niebieski szalik i nosił go jako Stomilu, a wcześniej należał do kibica… Ruchu Chorzów (śmiech).

Pierwsze takie konkretne szaliki weszły dopiero za czasów gry w najwyższej klasy rozgrywkowej?
– Nie, bo bodajże w ostatnim sezonie „starej” drugiej ligi przed awansem były już szaliki drukowane. Były zwane „bombowcami”. W tamtym czasie Sebastian Skaza założył na przełomie 1993 i 1994 roku grupę „Denaturat Boys” i z tej okazji powstały szaliki z tą nazwą.

Istniały dwa wzory tych szalików. Jedna z dopiskiem „M. Olsztyński. K.S.”, a druga już bez literki „M”.
– Tak, to prawda. Te pierwszej były jeszcze z „M” na początku.

Jesteś współautorem kilku ważnych flag w historii kibicowskiej biało-niebieskich. Na miano wizytówki zasługuje na pewno „Duma Warmii”.
– Powstanie tej flagi wiąże się z początkiem zgody z Łódzkim Klubem Sportowym jesienią 1997 roku. Jeden z moich kolegów z Jarot miał kontakt z Szulcem, liderem ekipy ŁKS-u w tamtym czasie. Szulc był jednym z prekursorów profesjonalnego szycia flag. Może ktoś to uznać za śmieszne, ale robił to razem z żoną, lecz swoją pracę wykonywali bardzo dobrze jak na tamte czasy. Projekt wykonało dwóch chłopaków z Jarot. Zaakceptowałem projekt i powstała flaga o długości dwudziestu pięciu metrów. Wysłałem projekt do Szulca, a w międzyczasie już się z nim zapoznałem. Tak dobrze rozmawiało się nam w temacie flag oraz ogólnie pojętego ruchu kibicowskiego, iż doszliśmy do wniosku, że więcej nas łączy, niż dzieli to może zróbmy zgodę pomiędzy naszymi klubami. Gdy jechaliśmy po gotową flagę to był wpierw układ, a dwa tygodnie później oficjalna zgoda.

Spodziewałeś się wtedy, że przez te dwadzieścia ponad lat zostanie ona kultową flagą?
– Tak. Nie myślałem wtedy, że one mogą zniknąć, tylko, że będą wiecznie. Robiło się flagę z zamiarem, że będzie służyć bardzo bardzo długo.

Jaka strata flagi najbardziej Cię zabolała?
– Bez wątpienia „Stomil Ponad Wszystko”. Wykonałem ją przy pomocy znajomych szwaczek oraz kolegów przygotowujących materiał. Nadzorowałem całą produkcję tej flagi. Z innym kolegą zaprojektowaliśmy flagę. Był zamiar stworzenia jednej z większych flag w Polsce.

W latach dziewięćdziesiątych w kręgach kibicowskich popularne były przeróżne wydawane wtedy Ziny. Ty w 1997 roku stworzyłeś zin „Stadion”.
– Premiera „Stadionu” przypadła na mecz z Wisłą Kraków.

Jednocześnie wydawana była także „Gazeta Kibica”.
– Robił ją mój kolega Szyba, lecz ona miała charakter bardziej programu meczowego. Dogadał się z władzami klubu, że będzie to rozprowadzał. Miałem na ostatniej stronie swoją notkę kibicowską. Potrzebował mnie tylko do tego, a resztę już składał sam. Później przestało mi się to podobać, bo miało już to charakter komercyjny. Pojawiały się reklamy. Chciałem, aby na naszym stadionie pojawiła się typowo kibicowska gazetka i „Stadion” odniósł dość spory sukces. Nawet w Polsce była popularna. Nakład na początku wynosił trzysta-czterysta sztuk i to było wtedy dużo.

Setny numer był bogaty pod względem szaty graficznej i informacyjnej.
– Potem pomagał mi przy „Stadionie” Kwiatek. Ogólnie zin miał zawierać sprawozdania z wyjazdów, opisy różnych naszych działań kibicowskich. Krótko mówiąc: od fanatyków dla fanatyków.

Z małymi przerwami jest drukowany do dziś.
– Tak, lecz prowadzą już go inne osoby. Dobrze, że to przetrwało.

Jak powstawały przyśpiewki na mecze Stomilu?
– Melodie często były kopiowane, a słowa sami dokładaliśmy. Nasz hymn kibicowski, czyli „Olsztyński Stomil, pruski klub”, choć jest polski (śmiech) to był nasz autorski pomysł.

Ulubiona przyśpiewka?
– Przez lata moim numerem jeden był „W naszym mieście Olsztyn…”, ale myślę, że ogólnie mamy dużo fajnych przyśpiewek. Podoba mi się też „Tam, gdzie tysiące jezior…”. Po latach ten repertuar jest dość bogaty.

Masz swój taki ulubiony mecz Stomilu, który mocno wspominasz?
– Z Ekstraklasy to był ten wspomniany wcześniej mecz na Widzewie zremisowany 2:2. Zaprezentowaliśmy się dobrze, tak samo jak piłkarze. Drugim takim mile wspominanym pojedynkiem myślę, że jest zwycięstwo 1:0 nad Legią w maju 2000 roku po bramce Piotra Matysa. Kibicowsko największym sukcesem był Widzew, a piłkarsko mecz z Legią.

Co obecnie teraz porabiasz?
– Obecnie pracuję w Holandii, ale bardzo często bywam w Olsztynie i obserwuję co się dzieje. Staram się być na meczach domowych oraz wyjazdowych. Spotykam też starych kumpli. Moje związki z Olsztynem nadal są dość duże.